
O tym, że homofobia w Polsce to religia, podobnie zresztą jak antysemityzm, wiemy nie od dziś. Ktoś kiedyś mądrze powiedział, że gdyby Polacy wymyślili Facebook’a, to zamiast hiperłączy „Lubię To” lub serduszka, byłyby określenia: „Żyd” i „Pedał” . Z przykrością stwierdzamy, że to wręcz semantyczna kwintesencja polskiego internetu. Aż szkoda strzępić ryja – jak wulgarnie skomentowałby to Zbigniew Stonoga. Staramy się na tym portalu nie pisać zbyt wiele o polityce, ale nie możemy przejść obojętnie obok tego, że wczoraj Prezydent RP podpisał projekt konstytucji, który ma zakazać parom homoseksualnym prawa do adopcji dzieci. Takie zachowanie to absurd, istny ukłon w stronę elektoratu kościelnego. To chwyt wyborczy, podkręcający kampanię anty-LGBT. Sejm, jeśli w ogóle, zajmie się poprawką, to nastąpi to najwcześniej za miesiąc. Ale ucierpieć może nawet 50 tys. dzieci żyjących w tęczowych rodzinach i jeszcze więcej – tych wszystkich, którzy nie otrzymają szansę na wyjście z domu dziecka.
Polska jest momentami tak chorym i niemożliwym krajem do życia, że brakuje nam słów. Oczywiście jesteśmy heteroseksualni, ale widzimy do jakich absurdów i anomalii światopoglądowych prowadzą takie regulacje prawne. Że lepsza jest patologiczna rodzina, w której ojciec jest alkoholikiem, a matka wariatką, aniżeli rodzina, w której dziecko jest wychowywane przez parę homoseksualną. A już totalnym absurdem jest ograniczania możliwości adopcji, które sprawia, że dziecko de facto może nie mieć w ogóle żadnej rodziny. Teoretycznie prawidłowym wzorcem rozwojowym jest rzeczywiście związek obojga płci, lecz jakby spojrzeć na to z innej, myślimy dojrzałej perspektywy, to najważniejsze, żeby dziecko wychowywali ludzie przede wszystkim odpowiedzialni, a po drugie kierujący się jego dobrem. Dopiero dalsze znaczenie odgrywa płeć. Ze świecą szukać natomiast w polskim prawie sztywnych regulacji, które umożliwiałyby pociągnięcie do odpowiedzialności odszkodowawczej….
…patologicznej rodziny za psychiczną i fizyczną szkodę wyrządzoną dziecku.
Coś, co w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych funkcjonuje na porządku dziennym, w Polsce jest dość mocno ograniczone, żeby nie powiedzieć wprost – bardzo niezwykle rzadko praktykowane.
Czyli upraszczając:
Wariant I
Jan Kowalski ma ojca alkoholika i matkę wariatkę – oboje doprowadzają w procesie wychowania do licznych szkód natury psychicznej i fizycznej (lub łącznie psychosomatycznych) i państwo jakoś niespecjalnie reaguje, ponieważ w głupiej polskiej kulturze utrwalony został wzorzec, że rodzinę należy gloryfikować i szanować, bez względu na to jaka ona by była – z samego faktu, ze jest rodziną. Nawiasem mówiąc – z fizycznego i biologicznego punktu widzenia – instytucja rodziny jest czystą kulturową i obyczajową fikcją. Nigdzie nie ma i nie było w świecie i przyrodzie ani jednej rodziny, ponieważ każdy w momencie urodzenia staje się odrębnym, niezależnym bytem, funkcjonującym w pełni samodzielnie i niezależnie od pozostałych.
Wariant II
Jan Kowalski jest w domu dziecka i zostaje adoptowany przez parę homoseksualną np. dwie kobiety, do których zwraca się –ciociu. Obie wychowują Kowalskiego na porządnego człowieka, wykształconego, który ma np. prężnie rozwijającą się firmę, zna języki. Zaznał w życiu miłości. Po osiągnięciu pełnoletności sam decyduje o tym, czy chce utrzymywać kontakt z rodziną, czy też nie.
Powyższe zestawienie obu wariantów pokazuje, że nie jest najważniejsze to, jaka płeć wychowywać będzie dziecko, tylko najważniejsze jest to, aby byli to ludzie dojrzali emocjonalnie, inteligentni, odpowiedzialni i kierujący się dobrocią w swoim życiu. Natomiast czy to będzie mężczyzna i kobieta, czy dwie kobiety, to jest to kwestia absolutnie drugorzędna. Społeczeństwo polskie zapewne nigdy do tego nie dojrzeje, natomiast ruch prezydenta jest czystym zabiegiem mającym zyskać głosy wszystkim przeciwników LGBT na ostatniej prostej kampanii wyborczej.
Szkoda tylko tych dzieci z domów dziecka.
Marcin Szymański